Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/102

Ta strona została przepisana.

Sam Latzki grzeczny, jak zawsze. Przedstawiał mnie na prawo i na lewo. Kłaniałem się sztywnie, tamte figury również; nie przemówiliśmy do siebie ani słowa.
A Hela, gdym się z nią witał:
— Ach, pan w Berlinie? od kiedy?
Chciałem odpowiedzieć, żem tu przyjechał boczną drogą — przez Wannsee.
Co tu długo pisać o tej śmiesznej i podłej wizycie? Jedyne słowa znaczące, które zamieniłem z panną Latzką, młodą Ekscelencją od krętactwa, były przed samem wyjściem mojem z salonu. Na uboczu:
— Jest pan szlachcicem. Mam nadzieję, że o przedwczorajszym dniu pan zapomniał?
— Może pani być pewna i spokojna.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

To nazbyt wyraźne, aby się długo rozwodzić nad wartością mego cudownego wynalazku w dziedzinie psychy kobiecej. Raczej nad moją przenikliwością wartoby się zastanowić.
Ale zanotowawszy głęboko w pamięci to doświadczenie i naukę, mogę na całe zajście patrzeć bardzo wesoło. Bawiłem się przedwczoraj szalenie i nie straciłem nic. — — Ona także nic — — w przeciwnym tylko wypadku byłaby komplikacja.
Trzeba było dzisiejszym pociągiem wracać do W arszawy, zwłaszcza, że już trzy dni po terminie mego urlopu. W tej chwili byłbym w gościnnej sali rewizyjnej w Aleksandrowie, gdzie numery ludzkie obok numerów bagażowych stoją sobie złą godzinę zamknięte w sześcianie, bez krzeseł, ani ławek, pośród woni dziegciu i mat podgniłych. To zdrowe na otrzeźwienie od zachodniego liberalizmu.

90