Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/142

Ta strona została przepisana.

— Więc może i te pieniądze... pochodzą w części od pani?
— To nie, ani od mego ojca. Pieniądze spiskowe są zawsze bezimienne — trzeba o tem pamiętać — i pan musi wiedzieć?
— Ach, ja nie jestem spiskowcem.
— Doprawdy?! — — utkwiła we mnie spojrzenie zawiedzione, z odcieniem pogardy — pan tylko, jak artysta, przygląda się rewolucji?
— Przestałem być artystą.
— Więc czemże pan jest?
— Sobą.
Złączyła dłonie i zakołysała ramionami, bez odpowiedzi, ale zrozumiałem, że pomyślała o drobnej mej postaci moralnej. Ja przerwałem milczenie:
— Ale pani się stała rewolucjonistką?
— Czy mi w tem nie do twarzy? — rzekła, powstając znowu i obciągając na sobie chiton, a ręką szkicując z włosów niby czapkę frygijską.
— Czapka nawet trochę czerwona — dodała, śmiejąc się do mnie gorącemi usty i oczyma, pozując znowu na posąg możliwie grecki i nagi.
— Bogini Rozumu.
— Już mi to powiedziano, ale właśnie chciałem od pana to usłyszeć.
Poszła przed lustro, poprawiła jeszcze włosy, stanęła bokiem, to znowu frontem, aż się uspokoiła, usiadła i rzekła dobitnie:
— Pan jest pierwotny (Vous etes un primitif).
— No? dlaczego?
— Bo pan myśli o mnie: ładna kobieta, ale bawi się w rewolucję, jak lalka.
— Do połowy prawda.

130