Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/163

Ta strona została przepisana.

licznie tu zgromadzoną policją, że czekam na naczelnika, który poszedł do policmajstra.
Po dwudziestu minutach wypadł Słomiński z bramy, radośnie podniecony:
— Niema Piasta między więźniami! Sam widziałem listę aresztowanych poprzedniej nocy. O! jest ich tam dużo i naszych znajomych! Ale Piasta niema. Sprawdziliśmy i w dawniejszych rejestrach.
— Może „ochrana?“
— Komunikują spisy. Zresztą policmajster dał mi słowo, że takiego więźnia niema.
Słomiński był upojony swym czynem bohaterskim. Bądź co bądź spełnił swą obywatelską powinność. A nie wiem, czy na ten wysiłek nie potrzebował takiej dozy woli i poświęcenia, jak inny na istotnie ryzykowną Wyprawę. Zasługę mierzyć można także fizycznem uzdolnieniem do niej.
Uścisnąwszy dłoń naczelnika, poszedłem jednak dalej. Tomiłow będzie wiedział — on ma stosunki z samym djabłem.
W restauracji żydowskiej, gdzie bywał często Łukasz Nikitycz, otwartej dzisiaj chyłkiem od podwórza, podano mi przypuszczalny inny adres. Tam go złapałem.
Pijany był od rana; jednak napój zdawał się zaostrzać w nim zdolności i rozwijać loty jego ducha. Gdy mnie zobaczył, skupił odrazu twarz rozgrzaną, wziął ją w karby — tylko oczy pałały mu nadzwyczajnie.
— Musicie oddać mi przysługę, towarzyszu.
— Co chcesz, brat!
Mówił mi „ty“ wbrew zwyczajowi, ale słuchał pilnie.
— Uwięziono wczoraj w nocy kogoś... ważnego. Trzeba wiedzieć, gdzie on siedzi.

151