Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/168

Ta strona została przepisana.

Więc domagamy się ustępstw od tych, których mamy potem usunąć? — — Jest jakiś zasadniczy fałsz i słabość i niewczesność w całej akcji.
Przewrót dla przewrotu — ten możemy sprowadzić. Morze krwi, dymy pod niebo, jak mówi Tomiłow. Ale krew będzie nasza, dymy z naszych domów — Wolę o tem nie myśleć. Nie ja, nie my zrobiliśmy tę rewolucję. Rosjanie. — — —
Czy tylko Rosjanie?
Pokazała mi Hela broszury polskie, drukowane w Berlinie, które świeżo przyszły, niewiadomo jaką pocztą. Broszury są socjalistyczno-rewolucyjne — to mi oczywiście nie zawadza — ale poco w nich taka doza nienawiści przeciw narodowcom naszym? Zapewne, nie pójdę pytać o radę profesora Łokietka, albo Apolinarego Budzisza, lecz nie zaczniemy przecie tępić swoich narodowców, aby się stało zadość doskonałości teorji Marxa, której oni nie rozumieją. I jeszcze co innego w tych świstkach: wyraźna idealizacja Żydów i filosemitów w przeciwieństwie do reszty świata, podawanie wszystkiego, co żydowskie, za postępowe i zbawcze, wszystkiego zaś, co Żydom przeciwnie, za godne wytępienia. Narodowcy polscy są, według tych autorów, takimi samymi wrogami ludu i ludzkości, jak rząd rosyjski; ciągle nawet czytam insynuacje, że rząd i endecja idą ręka w rękę. Szerzenie takich fałszów ubliża szerzycielom i gmatwa pojęcia o rewolucji.
Dlatego nie podjąłem się rozpowszechniać tych berlińskich broszur — i o to poróżniliśmy się z Helą.
— Ty jesteś właściwie trochę tylko okrzesanym polskim nacjonalistą — rzekła mi kwaśno.
— Jestem socjalistą, ale Polakiem.

156