Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/176

Ta strona została przepisana.

I ten sam lud na temże miejscu aklamuje, śpiewa „Czerwony sztandar.“ — — —
Po przebrnięciu tłumu i zgiełku, po tych wzruszeniach aż dziwacznych dotarłem do mieszkania Rajkowskiego. Profesor był tak wesół, jakby grał partję szachów z Potworem już osaczonym i był w korzystnej pozycji.
— Strajk powinien trwać, nie można się w nim nawet zawahać. Pchnęliśmy rząd do połowy zakreślonej przez nas drogi historycznej; drugą połowę przejdzie on znacznie prędzej. Głodno jest, ale wspaniale: oblężenie nasze okazuje się skutecznem.
— Ależ my jesteśmy oblężeni — ktoś zaoponował.
— Nie, my oblegamy.
Zacierał ręce z iście drapieżną pogodą, a mówi tak pieszczotliwie, jakby dzieciom w ykładał metodę Freblowską.
— Dobrze to wam — mruknął jeden ponury robotnik — ale nam już baby i dzieci piszczą. Fabrykantów dzisiaj pociągnąć trzeba, bo złodzieje ledwie połowę fircentagu wypłaciły w zeszłą sobotę.
Szlachetną, choć zmanierowaną twarz profesora zabarwił lekki rumieniec i ozdobne słowa odpowiedzi rwały mu się z ust trochę bardziej zaciętych.
— Do fabrykantów wysłaliśmy delegatów; powrócą napewno z wynikiem, czyli z pieniędzmi. Co do mnie, oddałem całą gotówkę do kasy strajkowej — mam już tylko dwanaście rubli dla ciebie i dla syna. Syn mój jest na ulicy w dość niebezpiecznej misji.
Ktoś skorzystał z tego Brutusowego wyznania, aby wypalić naganę poprzedniemu mrukowi, a panegiryk Rajkowskiemu. Ale on, skoro tylko spostrzegł zamiar mówcy, przerwał:

164