Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/178

Ta strona została przepisana.

kłębek niewielki około białych latarek i podniosła się pieśń: „Boże coś Polskę“. Nie jak uprzednio, gdy wybuchała triumfalnie, wypłynęła teraz nieśmiało, z młodych piersi. Bo szwadron złożony był przeważnie z wyrostków, na czele szło kilku zaledwie wąsaczów, z pozoru szewców warszawskich, nieodrodnych potomków Kilińskich. Naprzeciw zaś dążył zwarty i nieskończony pochód socjalistów.
Znalazłem się pośrodku obu pochodów, które zbliżywszy się do siebie o pięćdziesiąt kroków, stanęły dwoma sprzecznemi frontami wpoprzek ulicy mierząc się wzajemnie oczyma swych latarek krwawych i białych. I pieśni starły się pierwsze w powietrzu, poróżnione, zwyrodniałe w fałsz i wyzwanie.
Ale z pod czerwonych latarek zaczęli dezerterowie przebiegać bokami przez chodniki i łączyć się z pochodem narodowym. Wtedy na czoło czerwonego pochodu wyskoczył młodzieniec, którego dobrze pamiętam, choć pierwszy raz go widziałem. Młody, chudy i porządnie ubrany, nie warszawskiego typu i nie tutejszym przemawiający akcentem. Odznaczał się psią szczęką i prawdziwie jak pies owczarski opędzał czoło swego stada, przeszkadzając wybiegać do rzekomych przeciwników.
— Towarzysze i towarzyszki! — krzyczał — stać! stać! nie łączyć się z tamtymi! To narodowcy! Niema już białych sztandarów, dziś tylko czerwony sztandar!
I zatrzymał zbiegów i cały front swego pochodu pchnął naprzód. Wtedy i pochód biały zawrócił. Pchany przeważną liczbą szedł, choć w odstępie, na czele, nie milknąc pieśnią, ściganą przez pieśń czerwoną. Tak mi zniknął z oczu.
Jakoś mi to zwycięstwo naszych w smak nie poszło, owszem drobne zajście tkwi mi cierniem w pamięci.

166