Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/181

Ta strona została przepisana.




3 listopada.

Nie widziałem Heli od czasu wybuchu tej „konstytucji“. Dała mi nawet znać przez kartkę, pisaną obcą ręką, że nie spodziewa się spotkać mnie w tych dniach, zapewne bardzo roboczych dla mnie. Pójdę jednak jutro do niej, bo z wielu względów muszę ją widzieć.
Wiem, że działa tu, agituje, spotyka się z wielu towarzyszami partyjnymi; ze mną zaś coraz mniej mówi o sprawach publicznych. Nasz sojusz zmysłowo-ideowy coraz bardziej ogranicza się do pospolitego romansu. A gdy i ten związek przerwany został na kilka dni przez huragan wypadków dziejowych, który oderwał mnie od niej, Hela wydaje mi się z oddalenia odmienną i bardziej obcą.
Gdy Goethowski Faust na sabacie majowym tańczy z młodą czarownicą, z ust jej wyskakuje nagle czerwona mysz i odstręcza Fausta od tancerki. Nie chcę porównywać Heli do owej czarownicy — wiem jednak że tańczyć z nią rozkosznie, ale mam i wrażenie podobne do owego genjalnego symbolu. Coś grzesznego i krwawego idzie od niej ku mnie.
Są to wrażenia nerwowe, dreszcze magnetyczne dodatnie i ujemnie, jednem słowem poczucia, których nie mam czasu rozpatrywać, którym też poddawać się nie chcę. Trzeźwo patrząc, muszę uważać Helę za

169