Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/186

Ta strona została przepisana.

my, którego z różnych powodów w jej ustach nie znoszę.
I patrzyliśmy na pochód, już znowu płynący. Przyznam, że chowałem się za plecy innych, bo pokazać się na balkonie, w tem towarzystwie, wydało mi się naraz gorzej, niż niestosownem. Stałem jednak przygwożdżony do miejsca przez komplikację wrażeń, której nie będę opisywał. Skronie i gardło i serce czułem w kleszczach jakiejś zakazanej emocji.
Mijały pod nami chorągwie polskie i lała się pieśń, aż paląca mi twarz.
— Szkoda, że niema muzyki na czele — rzekła Hela.
— Bezwątpienia — potwierdził Niemiec — muzyka wojskowa dodałaby tonu.
— Djaków by im naszych dodać! — ruszył konceptem Tomiłow.
C’est chic, cependant — odezwała się znowu Hela po francusku, zapewne dla mnie.
Stałem tam jeszcze, nie widząc już prawie nic, tylko ciemny przewał ludu, poplamiony jasnemi sztandarami, słysząc bardziej młotki krwi w skroniach, niż śpiewy i słowa.
Przyszła znowu Heli do głowy stosowna uwaga:
— Grzeje to, ale nie pachnie... Od tłumu buchało rzeczywiście gorąco.
— Panie Sworski, proszę mi przynieść flakon z solam i angielskiemi.
Spojrzałem na nią obłędnie i nie ruszyłem się z miejsca.
— Co panu jest? — — taki rozgrzany? — — Panie Tomiłow! flakonik mały, pękaty, zielony... stoi przy mojem łóżku w sypialni.

174