Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/189

Ta strona została przepisana.

— Co tu tłumaczyć? Wiesz dobrze, że obowiązkiem moim być tam, na ulicy.
— Twoim obowiązkiem jestem ja — rozumiesz?
— Rozumiem, co mówisz, ale wiem, co wiem.
I wyszedłem.
Wmieszałem się do pochodu z jedną już tylko chęcią odszukania tej pary, którą widziałem z balkonu. Ale w tłumie dwukroćstotysięcznym nic udało mi się. Do zmroku i do końca pochodu lustrowałem szeregi, to przyśpieszając kroku, to cofając się — i nie spotkałem Piasta, ani panny Zofji. Nerwowy niepokój ściga mnie i chłoszcze.
Poszedłem wieczorem pod znany mi adres panny Badowskiej. Pani jeszcze nie wróciła do domu. Poszedłem raz drugi około dziesiątej wieczorem. Brama była zamknięta, a stróż mi oświadczył, że mnie do domu nie puści, że do panny Czadowskiej nikt nigdy w nocy nie wchodził. Napisałem więc do niej list dzisiaj rano z prośbą o udzielenie wiadomości, gdzie mieszka ten pan, z którym wczoraj szła w pochodzie. Nie mam dotychczas odpowiedzi.
Właściwie poco mi tu potrzebny Wojciech Piast? Mąci mi tylko w głowie. — — Jego teorje nie są do nowego życia Polski zastosowane. Czemś był niegdyś niewątpliwie, dowódcą, hetmanem — — dzisiaj jest już tylko dziwakiem, szanownym z powodu swych cierpień i szlachetnego uporu, lecz tylko dziwakiem.
Niech się ukaże wreszcie, niech przemówi jasno, niech działa, zamiast się migać tylko zmorą w czasach, gdy duchy naczelne tak potrzebne do czynu!
A nuż nie może? — — Jak się uwolnił od owej straży, pod którą spotkałem go wtedy w nocy? — Znowu teraz w biały dzień i z panną Zofją??

177