Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/195

Ta strona została przepisana.

Od kilku już dni wymyśliła oddalenie między nami, jakby miłość nasza była jakąś tajemniczą religją i wymagała rytuału.
— Nie trzeba dopijać czary aż do dna... nie trzeba nigdy dosytu, który jest początkiem końca...
Pierwszego dnia trafiło mi to jakoś do przekonania, następnego mniej, a później polemizowałem już z nią zupełnie natarczywie:
— Zmiłuj się, Hela, co ci jest? nie poznaję cię wcale! Rzeczywiście blada była, z gorączkowemi oczyma, piękna zawsze, ale w tem oddaleniu posągowo zimna. Nosiła się też inaczej, jakichś nieznanych mi nabrała ruchów i zmieniła nawet perfumy.
Znikły także naraz te wszystkie kochane okazje, te ukradkowe słówka, ta nieprzerwana magnetyczna spójnia, dająca się czuć nawet z oddalenia. Ciągle ktoś oprócz mnie w jej salonie: te pretensjonalne Szwaby z konsulatu, albo Tomiłow, którego postać salonowa jest nie do zniesienia. Polityka polityką, ale poza nią mogłaby Hela trzymać tego tresowanego niedźwiedzia za drzwiami. Wcale zaś tak nie jest; lubuje się w jego tanich rewolucyjnych frazesach, śmieje się rozkosznie z niezgrabstwa. Ale i Moskal też sprytny: nie przerobił swego typu zasadniczo, zaledwie przygładził włosy i oczyścił ubranie; co do reszty pozostał sobą, bo zrozumiał, że w kilka dni na salonowca się nie przerobi, może zaś bawić i zajmować swą oryginalnością. Najswobodniej na wizycie i wobec innych pije sobie prostą wódkę, dla niego specjalnie przygotowaną.
Jeszcze inne spotykałem u Heli figury. Czeremuchin naprzykład — to mi dopiero towarzystwo! Z całą tą czeredą wyrzucano mnie późnym wieczorem z hotelu o „przyzwoitej“ godzinie. Przy tej sposobności dozna-

183