Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/248

Ta strona została przepisana.

Przypatrywałem się jej bez gniewu i może zbyt długo, bo odwróciła oczy i straciła wkrótce pewność siebie.
— Przepraszam — rzekła — nie mam prawa tak do pana mówić.
— Owszem — odpowiedziałem, rozczulony bardziej nieznanym mi wybuchem jej ładnego temperamentu, niż słowami — czuję, że pani mówi ze szczerej przyjaźni.
I wyciągnąłem do niej rękę. Chwyciła za nią gorąco:
— Panie Tadeuszu! pan ma tyle w sobie szlachetności i zasobów, kraj tak potrzebuje ludzi! Błagała dobremi oczyma skuteczniej jeszcze, niż wymową. Płynął od niej czar, mało zmysłowy, lecz słodki, pokrewieński. Czy moc Piasta, przez medjumizm, wzięła w siebie i zapomocą niej mnie zniewoliła? Zgodziłem się pozostać.



236