Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/263

Ta strona została przepisana.




25 lutego 1906.

Jedyna moja ucieczka i ostoja w Warszawie, Wojciech Piast wyjeżdża!
Zastałem go porządkującego papiery, palącego niektóre. Zdrów już, wyprostowany, i dzwoni krokiem po swej izdebce, jak wódz przed walną rozprawą. Wybiera się znowu gdzieś w swą wieczną podróż „do braci potrzebujących“ — jak mówi. Właśnie teraz, gdy ja go najbardziej potrzebuję, gdym się już przyzwyczaił do myśli, że go mogę odnaleźć w tej cichej postaci Krotoskiego, gdy na świecie nikt, oprócz niego, nie napełnia mi serca ufaniem w możliwą przyszłość — wyjeżdża!
Trudno — musi. On wie zawsze, co ma czynić, dokąd dąży. Tylko ja nie wiem.
Ale ujął mnie za serce swem obejściem ojcowskiem i wyjątkowo czułem. Czy go kto powiadomił o wszystkich mękach, które przeżywam? Ale któżby? — — Zna tylko nagi fakt owego ohydnego zabójstwa, nie może wiedzieć o nękających mnie szczegółach i komplikacjach.
— Gdy mnie już nie będziesz miał przed oczyma, synu, czyń zawsze, jakbyś stał przede mną. Ja ścigam cię duchem moim ciągle. Pamiętaj o tem, choćby ci powiedziano, że niema mnie już pośród żyjących. — —

251