Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/269

Ta strona została przepisana.

wszystkiem tajemniczą jedną postać, o której niegdyś mówiliśmy w Hadze — — starego krewnego pana — — który tu jest, jak pan to musi zapewne wiedzieć?
— Oddawna go nie widziałem — rzekłem, blednąc zapewne, bo Latzki spostrzegł moje zmieszanie.
— Widzi pan... możnaby oszczędzić staremu krewnemu nieprzyjemności, gdyby śledztwo skierowane zostało gdzieindziej — — ale skoro zasady nie pozwalają mieszać się panu do poszukiwań, musimy zaczynać od dowódców. — — Pan Piast nie jeden kryminalny zarzut ma w swych aktach...
Namacał ohydny badacz najczulsze miejsce mego sumienia. Mogłem, rzucając policję śledczą na trop rzeczywisty, uwolnić zapewne Wojciecha Piasta od niebezpiecznych opałów. Jużci ze sprawą zabójstwa Heli nie ma Piast nic wspólnego, ale gdy się teraz dostanie do więzienia!... Próbowałem dyskutować spokojnie o tym nikczemnym projekcie:
— Tu znowu ja muszę zauważyć, że pan Piast nie może być żadną miarą zamieszany do zbrodni berlińskiej. Ekscelencja także jest o tem chyba przekonany?
— Ale pan Piast wie zawsze wszystko — — pan Piast jest odpowiedzialny za wiele zbrodni natchnionych przez jego teorje.
— Wątpię — odrzekłem twardziej — jego teorje są może niepraktyczne, ale czyste.
Latzki stanął przede mną w postaci, która narysuje mi go w pamięci na resztę dni moich. Jego powaga wydała mi się nagle tylko pychą, opancerzoną złotem i poparciem możnych; jego oczy krwią nabiegłe może kochały niegdyś coś, co było nim samym, jego córką, jego plemieniem; ale teraz mówiły tylko o nienawiści

257