Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/272

Ta strona została przepisana.




Kraków, 15 marca 1906.

Nie czynię sobie wyrzutów, że uciekłem, bo tam już niema nic uczciwego do roboty. Wybory do prześwietnej prawodawczej Dumy obejdą się bez mojego udziału. Owoce ruchu wolnościowego ograniczyły się do tej problematycznej perspektywy, a rewolucja czynna zwyrodniała w chaotyczny rozbój.
Uciekłem wreszcie dlatego, że bezwarunkowo lepiej czekać na wypadki pod wolnem niebem, niż w więzieniu, do którego mam niektóre kwalifikacje. A i bez dowiedzionej winy można się dostać do więzienia i jeszcze dalej.
Piast tam siedzi; nie mogłem nawet dowiedzieć się, gdzie go zamknięto. Szukać go nie mam już przez kogo — Tomiłowa, ani Latzkiego już o pomoc nie poproszę! Tem bardziej uwolnić Piasta nie zdołam; sam tylko zawiklałbym się, bez pożytku. — Ten drogi, stary krewny! — Mam tylko dziecinną nadzieję, że on zginąć nie może, że on zawsze trwać będzie, póki ja żyję, a nawet — póki my żyjemy.
Cisza Krakowa murowana i dostojna, jak pomnik grobowy w pięknym kraju. Zawszem kochał tę ciszę romantyczną, nawiewającą dumne i smutne pieśni. Dzisiaj milsza jeszcze po piekielnym zgiełku warszawskim, tęskniejsza jeszcze po zawodach tamtejszej walki. — Po zimie, pełnej błota i krwi wiosna tu już przeciąga tatrzańską wonią i rozrzedza stęchliznę wspaniałych

260