Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/62

Ta strona została przepisana.

bardzo subtelne, padły na kobietę, mogłem sumiennie odpowiedzieć:
— Słowo pani daję, że żadnej kobiety tego rodzaju tutaj nie spotkałem i że wogóle żadna kobieta nie była przyczyną mego wyjazdu.
— To już nie rozumiem — odrzekła z nadąsaniem — to — chyba pan uciekał... ode mnie?
— Jakże można coś podobnego pomyśleć!
Umilkła i przybrała wyraz twarzy uroczysty, trochę nawet pyszny, który już znam i którego nie lubię. Pozostaje i wtedy ładną osobą, ale banalniejszą — typową córką Ekscelencji. Jeżeli dba o promienność swej urody, powinna zawsze uśmiechać się i tak jakoś przebierać wargami i strzyc czarną rzęsą.
Zbliżył się Paugwitz i, stojąc, zaczął rozmawiać z Helą.
— Zasłania mi pan kapelmistrza, którego chcę widzieć — odezwała się do niego. — Proszę gdzieś usiąść.
I spojrzała na moje krzesło, jedyne w pobliżu, które mogło być wolne, bo przecie Ekscelencji, ani ambasadorowej nie można było ruszyć z fotelów. Ja zaś chciałem już wstać, bom tu siedział od pewnego czasu bez przyjemności. Więc powstałem, mówiąc do Paugwitza:
— Proszę pana — ja przechodzę do palarni.
— Ależ nigdy!... albo siądziemy razem... wynajdę zaraz krzesło.
Po chwili certacji Paugwitz usiadł, a ja odszedłem. W przyległej sali nie paliłem, nie czytałem gazety, tyłkom się rzucił w miękki fotel i snułem rozmyślania.
Nie mogę mieć Heli za złe, że jest ciekawa, ale nie mogę też dać się jej za nos wodzić. — Cokolwiek

50