Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/77

Ta strona została przepisana.

„Śród pół Grochowa, gdzie stał mój dziad“, stał i on, i biegł i marzył — aż od ran upadł, a sen się znowu prześnił.
Że walczył w lasach 1863 roku — to wiem napewno.
Czy był w więzieniach? Czy sprzężony w pobok łańcuchami z szeregiem bohaterów i złodziei, wlókł znękane członki przez sybirską zakrwawioną grudę? Czy wypatrywał głodnemi oczyma w rozlanem piekle mgły lodowatej wschodzący blady księżyc „etapy“, aby powalić się tam na drewnianą przecie podłogę, w zaduchu dziegciu i zgniłej kapusty — i zasnąć — jeszcze żywym? Czy obudził się znowu na dalszą drogę w bezmiar śnieżnej pustyni i drgnął, poznając w przykutym do niego towarzyszu — trupa? — —
I to podobne do niego.
Gdyby to wszystko przeżył, co mi się roi, ileżby miał lat? Już sto z górą.
Tylko niezaprzeczonym jest faktem, że istnieje. Wyzwolił się, uciekł? sprzykrzył się oprawcom? — nie paktował z nimi napewno. Ale dziwniejsza, że tak wygląda, jakby nigdy nie miał przestać istnieć. Nietylko wiara w przyszłość go odmładza — tak mu z oczu patrzy, jakby rozpoczynał nowe, obronne doświadczeniem, a przez ból niezwyciężone życie. — — A to stary warjat! Kochany dziad!
Innemi znowu pójdzie myśl szlakami i gra mi się bistorja pana Piasta inna. Szumią frazesy, frazesy. — — Pod bezpieczną i wygodną osłoną zachodniego rządu paryski manifest Towarzystwa Demokratycznego.
I kłócą się tam gdzieś, w hotelu Lambert, lub w zadymionej kawiarni, jak na sejmiku elekcyjnym. Ważna materja! Czy Adam I jest prawowicie obrany królem

65