Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/86

Ta strona została przepisana.

Nie skinęła mi nawet głową, ja też nie ukłoniłem się, rozumiejąc, że tutaj jeszcze, o dwieście kroków od Poczdamskiego placu, trzeba udawać nieznajomych. Tylko, mijając mnie na peronie, zapytała cicho:
— Ma pan bilet do Steglitz?
— Mam.
Miałem nawet dwa bilety aż do Wannsee, na wszelki wypadek.
Natychmiast wsiedliśmy do wagonu. W tej porze dnia pociągi odchodzą stąd co pięć minut, złożone z drugiej i trzeciej klasy. Cały pociąg był tak pełny, żeśmy zaledwie znaleźli dwa miejsca w jednym przedziale, i to nie obok siebie.
Ten kwadrans jazdy do Steglitz, z przestankami co 5 minut na Großgörschenstraße i we Friedenau, mam w pamięci wydrukowany... sadzą, bo trudno powiedzieć inaczej o ciągnącej się przez dziesięć kilometrów czarnej prozie zadymionych murów, cmentarzy, pustek i znowu murów.
Wszyscy w wagonie milczeliśmy jak zaklęci, sześć osób prócz nas dwojga, jedni zatopieni w gazetach, inni broniący tylko niezależności swej pozycji od łokci sąsiadów. I nikt nawet oprócz mnie nie zerkał w ten kąt, gdzie siedziała, trochę zwrócona do okna, ta śliczna Hela, wypatrując przymrużonemi nieco oczyma obrzydliwe mijane widoki. Stwierdzili tylko zpoczątku, że jedzie Angielka — to normalne — i dalej kopcili cygara, zaciągając się flegmatycznie dymem i mądrością swych gazet. Przedział był dla palących.
Na trzeciej stacji Hela wstała, wprawnym ruchem otworzyła drzwi wagonu i wyskoczyła. Wyszedłem za nią na peron, i tu pamiętam pierwszy, milczący jeszcze, uśmiech porozumienia. Podniosła ramiona, zmrużyła

74