Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/94

Ta strona została przepisana.

— Wie pan, że jabym na chwilkę usnęła — —
I zamykała oczy, a śliczna twarz jej bladła, pierś podniosła się głębokiem westchnieniem i zaczęła falować równo — —
— Ależ pani! niepodobieństwo! wieczór się zbliża.
— Co to nam szkodzi?... chwileczkę.
Mnie tylko męska ambicja utrzymywała w czuwaniu. Hela siedziała dość długo z zamkniętemi oczyma, a ja, patrząc na nią, choć tak piękną, wyznać muszę, żem jej w tej chwili nie pożądał. Nie przez rozrzewnienie jakieś, nie przez uszanowanie — poprostu pragnienie snu było we mnie silniejsze, niż wszystkie inne w tej chwili.
Otworzyła oczy trochę łzawe i okolone mocniejszym cieniem, zwróciła je odrazu na mnie i młody ogień wstępował w nie powoli. Powstała sprężyście z ławki.
— Tak — już trzeba wracać.
Zmierzch zapadał, kawałek drogi mieliśmy do kolei, a i pociąg do Berlina opuszczał już stację, gdyśmy dochodzili. Następny o tej porze odchodził dopiero za pół godziny.
Siedliśmy pod dachem bez ścian pustej zupełnie stacji, mając przed oczyma zamierzchający las, po którym poczynały zapalać się tu i ówdzie okna domów. Noc letnia zaciągała się powoli na wybladłe niebo, kuszące do wypatrywania pierwszych gwiazd. I ogarnęła nas oboje ponownie, tym razem jak cjche szaleństwo, ochota wzajemnych wyznań. Hela odchylała głowę wtył, jak wtedy nad jeziorem przy barjerze, ale patrzyła nie na mnie, tylko w górę, wdychając wielkiemi haustami pachnące powietrze; rozkosz żarzyła się i przymierała w jej oczach nie dziecinnych już, ale kobiecych, w ustach trochę otwartych, jakąś lubą oko-

82