Strona:Józef Weyssenhoff - Hetmani.djvu/95

Ta strona została przepisana.

lonych pogardą. Profil jej odcinał się od obłoku woalu, kryjącego kapelusz, włosy i szyję, a postać nawpół leżąca obrysowała się suknią w kształt wyraźny, dziewczęcy i gibki, aż do zgrabnego trzewika.
Ja zaś, siedząc blisko, patrzyłem na nią bez wszelkich, ugrzecznionych pozorów, czując, że mi na to pozwala. Milczeliśmy dość długo pogrążeni w kontemplacji; ona patrzyła na niebo, ja na nią — i opowiadała mi westchnieniami, co się w niebie dzieje, jakie tam zapalają się gwiazdy, co nam wywróżą — — —
Zdjęła rękawiczkę i rzuciła mi ją na kolana. Ucałowałem ten ciepły zamsz, zachowujący jeszcze trochę kształtu jej ręki — wtedy ona podała mi obnażoną rękę. Podniosłem ją do ust — była lodowato zimna.
Nie puszczając mej dłoni, wyszeptała:
— Powiedz mi pan nareszcie...
Powiedziałem, że ją kocham, że mi jest najdroższą w świecie, żem gotów na jej wszystkie rozkazy. Gadałem co mi do serca przychodziło falą — nie pamiętam.
Pamiętam tylko — do śmierci — jakim ruchem odgarnęła woal naokoło twarzy, w której pałał krwawy kwiat jej ust, mięsisty, rajskiego smaku, omdlały zrazu na zaciśniętych ząbkach, potem szalony życiem, ruchem, mokrym spazmem całkowitego oddania się.
— Powiedz po niemiecku: Hela, ich liebe dich — —
I ten uśmiech, gdym powiedział, jak rżenie jakiejś antylopy z bajki, krótki, urywany na nowem złączeniu ust, aż do omdlenia!
Rozpaczliwa proza stacji kolejowej. Jakiś posługacz z młotem w ręku. Ale minął nas i zniknął w ciemności. I znowu jakieś figury, zdążające na pociąg, który będzie nie dla nas wyłącznie, jak ta stacja zbudowana w nocy letniej na przybytek naszego szczęścia.

83