Strona:Józef Weyssenhoff - Jan bez ziemi.djvu/309

Ta strona została przepisana.
—   307   —

— To cały dramat — i głupi. Głupi z mojej strony. Ale powiedz mi najprzód, Werciu, czy ty jeszcze dbasz o niego?
— Czy dbam? — to trudno powiedzieć. Nie mam do niego urazy. Mnie poniosło do marzeń niezdrowych, których teraz żałuję. On był względem mnie szczery i lojalny. Nasze porozumienie nie miało dobrej przyszłości. A że się Janek prędko odsunął ode mnie, za to mu dzisiaj wdzięczna jestem. Gdyby nie to i gdybym nie miała tak szlachetnego i kochanego męża, mógłby mi był Janek złamać życie i popsuć zupełnie ten spokój, który ci się dzisiaj u nas tak podoba.
Pomimo palącej ciekawości, Dosia nie zdecydowała się na badanie Werci, jak to ona pogodziła miłość i szacunek dla męża z romansem z Jankiem. Bo że był to romans regularny, nie miała wątpliwości. Zamyśliła się tylko nad tym problematem, aż przerwała jej zadumę Wercia:
— Powiedz zatem, dlaczego nie doszło dotychczas do waszych zaręczyn? — Nie kochasz go?
— Czy ja wiem — uśmiechnęła się Dosia blado. — A szczególniej nie wiem, co on teraz o mnie myśli. Bo, widzisz, było tak...
Opowiedziała pokrótce, ale szczerze, historję wymuszonych przez ojca oświadczyn, na które nigdy nie odpowiedziała; rozmowę na balu ziemiańskim; zatarg z Bobrkowskim, pojedynek i po nim niewytłumaczone długie milczenie Skumina, niby odwet za jej milczenie.