Strona:Józef Weyssenhoff - Soból i panna.djvu/201

Ta strona została skorygowana.
—   184   —

Nie późny wieczór, ani brak zwierzyny wyrwały myśliwych z Szepety, poprostu — brak ładunków. Michał już ich nie miał wcale, a gdyby nawet zabrał resztę od Talmonta lub Czerwińskiego, ich ładunki nie pasowały do jego broni. Trzeba było wracać do brzegu najkrótszą drogą. Wzięli psy na paski i przebrnęli tę ostatnią przestrzeń mszaru najcięższą, bo beznadziejną. — Z pod nóg ich furknęło jeszcze kilka cietrzewi.
Gdy wydobyli się na brzeg twardy, o parę wiorst od leśniczówki, rzucili się z rozkoszą na suchą, gruntową murawę. Odpasali torby i troki pełne skrzydlatej zwierzyny: było czterdzieści dwie pardwy, dwadzieścia ośm cietrzewi i kilka sztuk rozmaitego ptactwa.
— Żeby mi nie zabrakło nabojów, doszlibyśmy do stu sztuk — narzekał Michał nienasytny, jak każdy młody.
— Wiadomo — potwierdził Czerwiński. — Tak jak pan strzelasz, od wschodu do nocy, sam jeden sztuk sto zabiłbyś, nie mniej.
— Bo i strzelba jaka! — dodał Talmont zimno, tłómacząc się ubocznie, dlaczego mniej zabił, niż Rajecki.
Leśnik wziął broń Michała do rąk, zważył w dłoni, przyłożył do ramienia, opatrywał fachowo i z lubością.
— Strzelba gubernatorska — — i lekka ona i składna i nazad nie odbija — a kiedy już plunie, tak trup! — patrzyłem ja dobrze.
— Angielska — rzekł z zadowoleniem Michał.
— Powiedzcie mnie panowie — zaczął Czerwiński konwersacyę co znaczy się, że która rzecz z żelaza, tylko Angliczanin ją robić umie, a inny już nie tak? Wiele ja widział i strzelb i maszyn. Tulskie dranne, niemieckie równo co żydowski towar. A kiedy już z Anglii — satysfakcya!
— Taka już u nich manufakturna natura — objaśnił poważnie Talmont.
Rajecki zaś nie słuchał, troszczył się o naboje na jutro i pytał, gdzie ich dostać, gdyż tylko napoczętą setkę miał pozostawioną w leśniczówce.
— Wiem ja jednego — odrzekł Czerwiński — który do Dynaburga jutro rano jedzie, a na noc do Kupiszek powróci. Może on przywieźć nabojów, choć na tydzień.
— Zapóźno będzie. Pojutrze rano wracać mi trzeba do domu.
— Wasze wysokorodie! — zapraszał Czerwiński, który w uczuciowych momentach używać zwykł rosyjskich zwrotów — cóż na Szepetę