Strona:Józef Weyssenhoff - Syn Marnotrawny (1905).djvu/117

Ta strona została przepisana.
—   109   —

— Przepraszam. Pójdę ich szukać gdzieindziej. Moje uszanowanie.
Wyniósł się szybko, niepyszny.
Kobiety pozostały znów same.
— Paniby zapewne wolała jechać do Monte Carlo, niż siedzieć z nami?
— Czy jestem tu zbyteczna? — odpowiedziała innem pytaniem pani de Sertonville pokornie i zalotnie.
— Gdzieżby! tylko myślałam, że tamto zabawniejsze. Podobno pani przegrywa?...
Fernanda spuściła oczy.
— Nie trzeba grać. Wstydzę się tego upodobania... Bo nie mam nigdy miłego towarzystwa. Kiedym teraz znalazła tak wyjątkowo przyjemne i wytworne, kiedy mi okazano... dużo dobroci, pragnęłabym tylko, aby to nie zaraz się skończyło.
Musnęła wymijającem spojrzeniem twarz Krysi i przesunęła język po wargach. Gdy to czyniła, przypominała czarną kotkę, łaszącą się do mleka.
— Pani zawsze sama?... czy nie ma kogo z blizkich tutaj? — zapytała hrabina Granowska.
Hiszpanka spojrzała ciekawie i niespokojnie w twarz starszej damy, ale ta wyrażała tylko sympatyczną troskliwość.
— Znam wszystkich, ale z blizkich nie mam nikogo. Tutaj wszyscy są jednego gatunku: rozbawione »snoby«. Nawet ten książę, który wychodzi... Przepraszam, może to przyjaciel?