Strona:Józef Weyssenhoff - Syn Marnotrawny (1905).djvu/124

Ta strona została przepisana.
—   116   —

będzie trochę oddalić się od Fernandy. Pod Èze doszedł do wniosku, że należałoby zerwać ten niebezpieczny stosunek, a gdy dojeżdżał do Beaulieu, już się rozrzewniał nad cierpieniem, które sprawi pani de Sertonville, gdy ją pożegna. I to wkrótce wywietrzało mu z głowy; myślał teraz o pani Oleskiej, jak student o pierwszej wymarzonej kochance jak dyplomata o trudnej misyi, na którą się wybiera.
Dojeżdżał do Villefranche, gdy w zbliżającym się naprzeciw powozie poznał szwagra. Co on robi na szosie o tej wczesnej godzinie? Kobryński poznał go również; niebawem zatrzymali rozpędzone konie, wysiedli i zeszli się na drodze pod kapiącą żółtem kwieciem mimozą.
— Dokąd tak pędzisz? zapytał prędko Jerzy, aby uprzedzić to samo zapytanie. — Blady jesteś jak upiór.
— Grałem do tej pory w klubie. Spłukałem się kapitalnie. I różne inne kombinacye pchnęły mnie do Monte Carlo. Jesteśmy braćmi, prawda, Jerzy? liczę więc na ciebie i na twoją dyskrecyę.
— Oczywiście. Ale poco jedziesz o siódmej rano do tej budy, gdzie wszyscy śpią jeszcze?
— Najprzód chcę się tam widzieć z jednym zacnym lichwiarzem... a powtóre... tylko rozumiesz, że to zupełnie między nami...
Jerzy ruszył ramionami.
— Wyobraź sobie, wychodzę z klubu i mijam hotel Fernandy. Miałem jej coś zanieść jeszcze