Strona:Jack London - John Barleycorn.djvu/210

Ta strona została przepisana.

na pisaniu, a wszystkie trzy na niezmiernie intensywnych studjach; ogłaszałem nowele w takich pismach, jak „Atlantyc Monthly”, robiłem korektę mej pierwszej książki, która wyszła w nakładzie „Houghton, Mifflin Co.”, dostarczałem artykułów społecznych do „Cosmopolitan” i „Mc Clure’s,“ odmówiłem przystąpienia do spółki wydawniczej, na co otrzymałem telegraficzną ofertę z Nowego Yorku, wreszcie miałem zamiar ożenić się.
Wróćmy do tej okropnej pracy, szczególnie w ostatnim roku, gdy uczyłem się zawodu literackiego. W ciągu tego całego roku, kiedy ograniczyłem czas snu do minimum, wytężając mózg do ostateczności, ani razu nie piłem, ani myślałem o tem. Alkohol poprostu nie istniał dla mnie. Mózg mój bywał od czasu do czasu kompletnie wyczerpany, lecz nie pomyślałem o alkoholu, jako o środku zaradczym. Bogowie! Jedynym środkiem zaradczym, którego pragnąłem, to były czeki i umowy od wydawców. Cieniutka koperta, przychodząca ranną pocztą od wydawcy, była bardziej kojącą od sześciu cocktail’ów, a gdy z koperty wyłonił się czek na sporą sumkę, już to samo mnie upajało.
Co więcej, w owym czasie nie wiedziałem jeszcze, co to takiego cocktail. Pamiętam, gdy ukazała się moja pierwsza książka, podejmowało mnie kilku Alaskańczyków, członków klubu cyganerji. Przyjęcie odbyło się wieczorem w lokalu klubu. Siedzieliśmy w przedziwnych fotelach skórzanych. Kazano podać trunki. Nigdy jeszcze nie słyszałem takich nazw i tylu rodzajów najrozmaitszych likierów. Nie wiedziałem