Strona:Jack London - John Barleycorn.djvu/22

Ta strona została przepisana.
ROZDZIAŁ IV

Następna moja hulanka z John’em Barleycom zdarzyła mi się w siódmym roku życia. Tym razem moja imaginacja mię oszukała i bałem się stoczyć z nim walkę.
Pracując ciągle na roli, moja rodzina przeniosła się do wzorowej fermy na smutne wybrzeża w hrabstwie San Mateo, na południe od San Francisco. Była to dzika, prymitywna okolica w tych czasach, i często słyszałem, jak matka moja chwaliła się, że należymy do starej amerykańskiej rodziny, a nie jesteśmy imigrantami z Irlandji, ani z Włoch, jak nasi sąsiedzi. W całej naszej okolicy oprócz nas była tylko jeszcze jedna stara, amerykańska rodzina.
Pewnego niedzielnego poranka znalazłem się, nie pamiętam już jak i dlaczego, na fermie Morrisey. Zebrało się tam również kilkunasta młodych ludzi z sąsiednich ferm. Pozatem starsi fermerzy byli tam także, pijąc już od wczesnego ranka, a niektórzy od poprzedniego wieczoru. Rodzina Morrisey była bardzo liczna, włączając wszystkich zięciów i wujów ciężko obutych, o wielkich pięściach i grubych głosach.