Strona:Jack London - John Barleycorn.djvu/255

Ta strona została przepisana.
ROZDZIAŁ XXXIV

Wróciwszy do mej farmy w Dolinie Księżycowej, począłem znów pić regularnie. Zasadą moją było nie pić zrana; pierwszy kieliszek dopiero po skończonym tysiącu wyrazów. Później, do obiadu, następował szereg kieliszków, aż ogarnęło mnie miłe podochocenie. Pijanym nie widział mnie nigdy nikt, z tej prostej przyczyny, że nigdy pijanym nie byłem; ale dwa razy dziennie byłem podochocony. Gdyby jednak ktoś mniej przywykły do picia skonsumował moją dzienną dawkę alkoholu, spiłby się jak bela.
Stara historja. Im więcej piłem, tem więcej potrzeba mi było do podniecenia się. Nie miałem dość czasu na wypicie należytej ilości. Wódka posiadała większą moc, podniecając szybciej przy mniejszych dawkach. Śliwowica, żytniówka, albo dobra stara nalewka były odtąd mym trunkiem przedobiednim. Popołudniu Scotch z wodą sodową.
Mój świetny dotąd sen popsuł się nieco. Po przebudzeniu zasypiałem zazwyczaj z powrotem po przeczytaniu paru stron. Skończyło się to jednak. Czytałem teraz dwie do trzech godzin zupełnie bez skutku;