Strona:Jack London - John Barleycorn.djvu/288

Ta strona została przepisana.

umierającego kapitana, by zawinął do Honolulu; a tymczasem widzę siebie samego, spijającego cocktail’e w Ianais w Waikiki. Ktoś wspomni dzikie kaczki, podawane w San Francisco, a natychmiast przenoszę się w myśli do oświetlonego morza stolików, przy jednym z nich siedzę ja, ze starymi przyjaciółmi, na których spoglądam przez wysokie, kryształowe puhary z reńskiem winem.
Oto jak rozwiązałem problem. Nie zależałoby mi dziś już na zwiedzaniu owych miejscowości, chyba dawnym sposobem: z kielichem w ręku! Ze słów tych wieje czar magiczny. Jest w nich więcej treści, niż we wszystkich innych wyrazach słownika. Oto skutek wieloletniego treningu mojej duszy, i stało się moją drugą naturą. Kocham ten iskrzący dowcip, serdeczny śmiech, pełne głosy mężczyzn, gdy z puharem w ręku zatrzasną za sobą drzwi, wiodące do szarzyzny życia, i krzeszą z podnieconych mózgów figle i żarty, a krew w żyłach krąży jak ogień.
I postanowiłem, że jednak od czasu do czasu wezmę kieliszek. Mimo wszystkich książek na mych półkach, mimo tysiącznych myśli filozofów, przetrawionych przeze mnie, postanowiłem po głębokiej rozwadze dawać folgę temu, czego nauczyłem się pożądać. Będę pił nadal, lecz z większem umiarkowaniem, jeszcze ostrożniej, niż dotąd. Nigdy już nie zamienię się w płonącą pochodnię. Nigdy odtąd nie sprowokuję Białej Logiki, a sposób uniknięcia jej poznałem.
Obok mogiły długiej ciężkiej choroby leży pogrzebana na wieki Biała Logika, i nigdy więcej nie