Strona:Jack London - John Barleycorn.djvu/87

Ta strona została przepisana.

który tam z nich stanowił moją załogę, ze dzbanem po piwo i z gąsiorem po czerwone wino.
Albo też, kiedy staliśmy w przystani dla przehandlowania moich ostryg, a zdarzało się to zwykle o szarych brzaskach dnia, ogromni policjanci, albo inni porządnie ubrani ludzie, zakradali się na pokład. Ponieważ żyliśmy w cieniu, ukryci przed okiem policji, trzeba było otwierać pudełka i częstować ostrygami w pieprznym sosie, posyłając równocześnie po butelki mocnych trunków.
Pijąc tyle ile tylko mogłem, nie zdołałem jednak polubić John’a Barleycom. Ceniłam go nadzwyczajnie za jego umiejętność skojarzania towarzystw, ale nie za smak. Bezustannie pożerała mię żądza aby być mężczyzną między mężczyznami i bezustannie w skrytości pieściłem w sobie haniebne pożądanie cukierków. Ale umarłbym raczej, a nie pozwoliłbym komukolwiek domyślić się tego. Jedynie w nocy folgowałem sobie zwykle w samotnych libacjach, kiedy byłem pewny, że moja załoga śpi na lądzie. Wyrywałem się też czasem do bezpłatnej bibljoteki, aby wymienić książki, kupowałem wówczas za całego kwodra wszystkie rodzaje cukierków, które żułem i ssałem powoli, ukrywając się na pokładzie Razzle Dazzle, albo wciskając się do mej kajuty kładłem się do łóżka i leżałem długie boskie godziny czytając i ssąc cukierki. I tylko wtedy czułem, że dobrze zużytkowałem mój zarobek. Za dolary płacone przy bufecie nie mogłem kupić sobie takiej rozkoszy, jak za te dwadzieścia pięć centów, wydane w cukierniczym sklepie.