Strona:Jack London - Wyga.djvu/163

Ta strona została uwierzytelniona.
GONITWA O NUMER PIERWSZY
I

— Ha! Wkładajże te pyszne łachmany!
Krótki przyglądał się swemu wspólnikowi z udaną niechęcią, zaś poirytowany Kurzawa napróżno wygładzał fałdy na spodniach, jakie właśnie był włożył.
— Jak na ubranie kupione z drugiej ręki — mówił dalej Krótki — leży dobrze. Co zapłaciłeś?
— Sto pięćdziesiąt — odpowiedział Kurzawa — Ten człowiek był prawie mego wzrostu. Myślałem, że robię dobry interes. Czego tak łazisz dokoła mnie?
— Kto? Ja? Ani mi w głowie. Myślałem tylko o pewnym pożeraczu mięsa, który przyjechał do Dawsonu na krze lodowej, bez żywności, w jedynym komplecie bielizny, w parze podartych kierpców i w ubraniu, które wyglądało, jak gdyby przeszło rozbicie się „Hesperusa”. Byczo wyglądasz, luby wspólniku, byczo!
— Coż jeszcze? — zapytał cierpliwie Kurzawa.
— Jak jej na imię?
— Tu niema żadnej „jej”, mój kochany! Jeśliś