Strona:Jakob Wassermann - Dziecię Europy.djvu/89

Ta strona została przepisana.

— Wiesz, Anno... Zrobiło mi się żal budzić chłopca. Czy naprawdę wymogi ciekawości ludzkiej powinny brać górę nad swobodą natury człowieka? Idź sama do pani Behold i jakoś ładnie przeproś ją za naszą nieobecność.
Zadowolony z tej decyzji, zagłębił się w czytaniu. W trzy kwadranse niespełna powróciła Anna... a razem z nią przybyła radczyni. Jej suknia — ostatni wyraz złączenia gustu prowincjonalnego z modą paryską — zaszumiała w gabinecie. Daumer skrzywił się mocno...
— Kochany profesorze! Co znaczy ta niełaska? Czekamy wszyscy, spragnieni widoku Kacpra. Widzisz, opuściłam gości, aby przybyć tu po pana i po niego. No! Bez wymówek... Nie uznam żadnych!
— Ależ on śpi!
Nom de Dieu!... To obudzi się kochanego kociaka! Marsz, marsz, profesorze! Prowadź mnie.
Kiedy stanęli oboje przy śpiącym, radczynię na chwilę zdjęło politowanie: „Jakże słodko śpi ten aniołek!“
— Sen jest świętością! — rzekł uroczyście Daumer. Czy pani nalega na obudzeniu chłopca?
— Ach, tak, profesorze!... Rozczmuchaj go!... Podaruję mu za to coś ładnego.
Daumer zbudził chłopca. Dla orzeźwienia podał mu szklankę wody. Radczyni mlaskała wargami: „Pauvre diable!“ i pociągnęła go za rękę...