Strona:Jan Lam - Dziwne karyery.djvu/63

Ta strona została przepisana.

— Dobrze, jaśnie panie! Prrr!
Kocz stanął przed redakcją Orędowniczki, której współpracownicy atoli, wbrew obyczajom małomiejskim, nie pojawili się w oknach i stracili tym sposobem okazyę podziwiania rajskiego szyku swojego nowego szefa. Dr. Emanuel zastał ich zajętych żywą dyskusyą. Redakcya otrzymała była przed chwilą telegram niemiecki, bardzo niejasno sformułowany. Brzmiał on tak:

BRESLAU HOPFENBEGEHRT 150 BIS 200 MARK.


Referent spraw zagranicznych i ekonom polityczny Orędowniczki zgadzali się, że zachodzi tu pomyłka, a mianowicie, że cyfra 200 przypadkiem tylko dostała się w środek między dwie zgłoski: BIS i MARK. Telegram ma więc rozumieć się tak: „Wrocław. Hopfen żąda 150.200 od Bismarka“. Zachodziła atoli różnica zdań, najpierw co do charakteru i stanowiska tego wiele wymagającego Hopfena, a następnie co do natury żądanej cyfry. Sprawy zagraniczne mniemały, że jest jenerał Hopfen, który domaga się uzupełnienia swojego korpusu do 150.200 ludzi. Ekonomia polityczna dowodziła przeciwnie, że jest deputowany Hopfen, który żąda od Bismarka wykreślenia 150.200 z budżetu. Kronikarz wyrobił sobie w tej materyi zupełnie odrębne zapatrywanie, dowodząc, że Hopfen jest ambasadorem duńskim, który 150 do 200 razy żądał widzenia się z Bismarkiem. Korektor kiwał tylko głową i jeżeli miał jaką opinię, to taił ją starannie. P. Kosturski zainterpelowany ofuknął się i wyszedł do swego pokoju.
— O, dobrze, że pan redaktor przyszedł — zawołali wszyscy chórem, zobaczywszy dr. Mitręgę. — Pan redaktor nam to najlepiej wytłumaczy!
Obstąpili go więc wszyscy, wetknęli mu telegram w rękę, i każdy z zapałem począł bronić swojego zdania. Dr. Emanuel nie mówił nic, jeno namarszczył brwi i pochylił czoło, jak gdyby wpadał na ślad jakiejś niezmiernie zawiłej, czarnej politycznej intrygi. Za nim stanął zecer