Strona:Jan Lam - Głowy do pozłoty Tom II.djvu/112

Ta strona została przepisana.

lutego 1846, a ojciec mój umarł w marcu tego samego roku, nie mógł więc w tak krótkim czasie strwonić tyle pieniędzy i skwitować się z Klonowskim. Skoro więc Klonowski był moim dłużnikiem, a później jako mój opiekun, ba, nawet teraz w sądzie, wypierał się długu, więc dopuścił się czynu nieuczciwego, i miałem prawo obwiniać go o to. Co do przysięgi, którą wykonał Klonowski, nie potrzeba lepszego wobec sędziów przysięgłych dowodu, jak przeczytany poprzednio telegram, zestawiony z oporem przeciwnej strony przeciw zasięgnięciu lepszej i dokładniejszej informacyi sądowej.
Przysięgli udali się na ustęp, i wrócili po długiej i burzliwej bardzo naradzie. Opowiadano, że była między nimi partya, na której czele znajdował się przyjaciel Klonowskiego, białobrody syndyk, i która chciała steroryzować resztę, by wydano wyrok jednomyślny. Byli tacy, którzy się opierali, ale ulegli presyi wbrew własnemu przekonaniu. Jeden tylko okazał się nieugiętym i oświadczył, że patryotyzm nie może iść w parze z oszustwem, i że nie jestem winien fałszywej potwarzy, chociaż mam posadę u p. Pimmelesa.

Jedenastu przysięgłych, dobrych katolików, ofiarowawszy się odpowiedzieć za to na sądzie ostatecznym, uznało mię winnym.



ROZDZIAŁ IV.

Wyrok, który zapadł na korzyść Klonowskiego, w skutkach swoich nie był wcale dotkliwym dla mnie, skazano mię bowiem tylko na nieznaczną grzywnę. Nie mogę też powiedzieć, bym się czuł dotkniętym moralnie. Klonowski głosił wprawdzie po gazetach swój tryumf nad „kalumnią“ i wyzyskiwał jak mógł tę okoliczność, iż nie sąd urzędniczy, ale sąd złożony z „przysięgłych współobywateli“ skazując mię, tem samem jego uznał niewinnym, czystym