Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/116

Ta strona została uwierzytelniona.


nim, że biedny, ale tak zaczepiał, dokuczał i żebrał, że już nie mogli wytrzymać. A jak pożyczył, ani razu nie oddał: na oddanie nie miał, a jabłka kupował. Już stracili do niego cierpliwość.
I tacy trzej postanowili urządzić drugą kooperatywę. Ciekawe, gdzie będą trzymali, bo przecie pani szafy im nie da. I skąd będą mieli pieniądze? Czarli mówi, że sprzeda zegarek, ale po pierwsze, czy mu rodzice pozwolą, a po drugie, nie taki on znowu głupi, żeby dawać pieniądze do współki z Sandersem i Adamsem. Gadać łatwo, ale robić trudno. To też gadają, że u Dżeka wcale nie taniej, niż w sklepie, a nawet drożej, że Dżek albo nie umie sam tanio kupować, albo za dużo zarabia. Dżek nie wszystko wiedział, co oni mówili; bo kiedy ktoś powiedział, że Dżek ma przecie rachunki, więc Czarli mówi:
— Ważna rzecz; ja ci takich rachunków przyniosę sto, jak zechcę.
Gdyby Dżek to wiedział, nie uszłoby Czarli na sucho. Ale Iim nie chciał mu powtórzyć. Iim umie trzymać język za zębami, jak trzeba.
A tymczasem zbliżała się gwiazdka. Dżek miał zamiar urządzić coś takiego, że teraz dopiero dowie się klasa, co wart i co potrafi.
Najładniejsze wystawy sklepowe są przed gwiazdką. Różne ozdoby, książki w ładnych oprawach, nawet mydlarnie wykładają w oknach świeczki różnokolorowe. Jeśli dawniej Dżek lubił chodzić po ulicy, teraz przecież miał obowiązek przyglądać się, porównywać ceny i pamiętać, co może się przydać.