Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/178

Ta strona została uwierzytelniona.


Już kierownik chce się Dżeka o coś zapytać, ale pani Hamilton nie daje:
— Co pan go się będzie pytał. On powie, że nie winien. Ja ich wykręty znam. Ja swojemu chłopcu za nic nie pozwolę wyjść na podwórko. Pan nie wie, jakie to wszystko zepsute. Oj, ci koledzy, ci koledzy...
— Proszę pani, znam i ja dzieci, — mówi kierownik.
— Ja je lepiej znam, bo jestem matką.
— A ja jestem wychowawcą.
— To co? Pan siedzi sobie w kancelarji — i już. A jak mój chłopiec miał zapalenie płuc, pięć nocy nie rozbierałam się, nie spałam, nie jadłam, nie piłam... A teraz taka nagroda. Och, jakie to dla matki bolesne. A wszystko przez koleżków.
Więc kierownik znów do Dżeka:
— Czy sprzedawałeś marki?
— Nie, — odpowiada Dżek.
— A co, nie mówiłam? Niewiniątko! Wiedziałam, że tak powie.
I znów:
— Wypędzić. Szkoła poprawcza.
Aż kierownik się zniecierpliwił i odesłał Dżeka do klasy. I co potem było, Dżek nie wie, tylko słyszał przez drzwi klasy głos pani Hamilton na korytarzu. A potem głos woźnego.
Dopiero na pauzie zaczęli sobie wszyscy opowiadać. I już cała szkoła wie, ale każdy mówi inaczej.
— Hamilton-Dżek.
Później: