Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/206

Ta strona została uwierzytelniona.


Dżek tak jakby odpowiadał w szkole, albo zdawał egzamin:
— Tu ja zapomniałem. Tu Nelly się pewnie omyliła. Tu Klaryssa. Nie wiedziałem, że tak trzeba. Jedna laurka się podarła.
Ale najciekawsze, że mister Fay tak jakby cały czas był z Dżekiem w szkole. Niby nic, przegląda same rachunki, a wszystko wie.
Wie, że na wiecznych piórach i kałamarzach stracił, że mu się nie powiodło, wie, że łyżwy się dwa razy zepsuły, wie, że nie chcieli kupować czarnego glansowanego papieru, wie, że bąki drewniane dołączył do torebek świątecznych już w ostatniej chwili, wie nawet, że w końcu stycznia ktoś zbuntował klasę przeciwko Dżekowi, ale to trwało niedługo.
Strasznie mądre są książki handlowe: niby nic, a odrazu widać.
— Słuchaj, mister Fulton, — mówił pan Fay — dasz mi 6 dolarów i 80 centów, zostaniesz winien 3 dolary 20 centów. Co sobotę masz wpłacać dolara. Kiedy czwartego tygodnia oddasz ostatnie 20 centów, dam ci drugi rower dla tych, którzy już będą umieli. Pozwalam ci jedną ratę wpłacić z dwudniowem opóźnieniem: zamiast w sobotę — w poniedziałek. Obowiązuję się trzy razy bezpłatnie reperować drobne uszkodzenia. I radzę wziąć nie ten rower, który oglądałeś, tylko ot ten. To nic, że się mniej świeci. Zresztą, jak chcesz. A tu masz umowę naszą, którą kierownik szkoły powinien podpisać. Niech tylko napisze: »czytałem«.
Dżek powiedział: