Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/216

Ta strona została uwierzytelniona.


Niech zatrzymają te dwa dolary: jak będą mieli, to zwrócą na przyszły rok. A oddać, co wziął od nich Horton.
Ale Dżek urządził posiedzenie — i nie.
— Wpisałem do książki handlowej, a w książkach mazać nie wolno, — mówi Dżek. — Jeżeli koniecznie chcecie, no to mogę odebrać. Ale kooperatywy prowadzić nie będę i wybierzcie innego.
Więc siódmy oddział tylko bierze do gry w futball tych, którzy lepiej grają. I dali kilka książek do bibljoteki.
Bibljoteki Dżek nie przerwał. Teraz nawet biorą więcej książek, żeby pokazać Dżekowi, że się nie gniewają i że jest im potrzebny.
Pani powiedziała, że dzięki bibljotece dzieci lepiej czytają. Ale znów w szafie jedna półka jest zupełnie pusta.
Do Forda i Taylora oddział ma żal, chociaż im tego nie pokazuje wyraźnie. Trudno: przecież nie stracili rowerów naumyślnie. Ale dlaczego zaraz nie powiedzieli, tylko kręcili? No, trudno: bali się.
Bo naprzód powiedzieli, że rowery są na kolei, bo był tłok i nie mogli odebrać. Potem, że magazynier nie wydał, bo kwit się zarzucił. (Taki kwit kolejowy nazywa się: fracht). Ale dlaczego nie mówili, że fracht był przez nich zgubiony? Niby wychodzi, że to wina kolei. No i powinni byli w niedzielę zawiadomić Dżeka. A już najpóźniej w poniedziałek, jak tylko przyszli do szkoły. Może pani pozwoliłaby opuścić szkołę i od rana zająć się tą sprawą?
Strata kilku godzin, gdy idzie o pościg za zło-