Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/24

Ta strona została uwierzytelniona.


ławce. I tak samo było niespokojnie, bo po wakacjach nie może być odrazu spokojnie. No i akurat panią rozgniewali. Aż troje stało w kącie. Wogóle wszystko tego dnia się nie udawało. Zaraz od rana była awantura, bo jeden chłopiec przyniósł do szkoły chorego psa z krostami. Potem mazali na tablicy. Jedli na lekcji, nie mieli piór, kręcili się, a co najgorsze — urwali pasek od torebki. Bo pani tylko na chwilę wyszła z klasy i zostawiła torebkę, a oni zaczęli ciągnąć i urwali.
Ale Dżek cały czas siedział zupełnie spokojnie na swojej pierwszej ławce.
Pani się bardzo gniewała.
— Co to ma znaczyć? Ostatni raz wam mówię. Już więcej wam nie powtórzę.
Każda pani ma inny sposób, kiedy klasa jest niespokojna. Naprzykład w szkole Allana pani mówi:
— Boże miłosierny.
I:
— Nie do wytrzymania.
A w oddziale Fanny:
— Głowa mi pęka.
I:
— Trzeba zrywać gardło.
Czasem panie mówią:
— Jak wy się nie wstydzicie?
Albo:
— Łapy wam poprzetrącam.
Ale pani powiedziała, żeby dać jej książkę. Więc Dżek dał pani swoją książkę, bo siedział najbliżej. I pani zaczęła tłuc ręką w książkę. Tak mocno