Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/48

Ta strona została uwierzytelniona.


Chatę wuja Toma i bajki. Kota w butach nikt nie chciał, bo za dziecinna. Dziewczynki brały więcej, niż chłopcy.
Kiedy po paru tygodniach pani się zapytała, czy są z Dżeka zadowoleni, wszyscy powiedzieli, że tak, a najgłośniej krzyczeli tacy, którzy wcale książek nie brali. Ale Dżek był im mimo to wdzięczny.
Myliłby się, ktoby sądził, że Dżek był zadowolony. Na początek i tak dobrze, ale Dżek musi zrobić, żeby wszystkie półki były pełne. Tymczasem pani chowa do szafy to jakieś wypchane zwierzęta, to globus, to kamienie, liście suche, to karton. Ale szafa z pustemi półkami drażni Dżeka.
Nie dawały Dżekowi spokoju słowa Fila:
— Gdybym ja był bibljotekarzem, toby cały oddział tak czytał, ażby furczało, jak aeroplan.
Zwróciłby się chętnie po radę do Fila, ale się bał z nim zaczynać: niepewny człowiek; choć kto wie, czy nie ma słuszności. Gdyby tak jakieś wesołe książki, albo sennik egipski. Naprzykład coś się śni, chce wiedzieć, co znaczy — przychodzi do Dżeka. Dżek zajrzy, pozwoli poszukać — to się może zachęci i weźmie coś do czytania.
Zresztą Dżek wie, że nie wszystkie książki dali do bibljoteki: jedni się boją, że zginie, innym szkoda, innym rodzice nie pozwolili.
I Dżek musiał się pytać, czy rodzice pozwolą.
Bo jak się coś ma, nigdy niewiadomo, czy to jest zupełnie własne. Inna sprawa: ubranie. Chociaż i ubranie, jeżeli się podrze, powinni zostawić podarte, a nie krzyczeć i kupować nowe. Ale pre-