Strona:Janusz Korczak - Feralny tydzień.djvu/60

Ta strona została uwierzytelniona.


bezcelową walką wewnętrzną, dwugodzinną gorączkową pracą myśli w samotności.
— Coraz lepiej, Stasieczku: wczoraj zadanie, dziś koza.
— Nie wczoraj zadanie, tylko onegdaj.
Stasio chce, aby go mama zbiła: niech bije, niech wszyscy się nad nim znęcają aż do końca. Naumyślnie tak będzie odpowiadał.
— Zadanie onegdaj, no a koza także onegdaj?
— Niesprawiedliwie mnie wsadził.
— Ja wiem: ty zawsze masz na wszystko sto wykrętów.
— Nie mam wykrętów. A jak mama nie wie, to niech mama nie mówi.
Stasio odłożył łyżkę, rzucił się na swoje łóżko i aż do przyjścia korepetytora leżał i płakał. Nie był to już spazmatyczny płacz obrażonej dumy, gniewu bezsilnego i buntu, płacz, którym wzbudził współczucie klasowego gospodarza, tak że go na pauzie nie wyrzucił z klasy, był to teraz płacz poddania i poczucia wielkiej krzywdy, gorzki płacz człowieka, który się zawiódł nawet na najbliższych mu, — na ostatnich już.
I matka zrozumiała, — dobre myśli podsunęło jej tym razem serce: