Strona:Janusz Korczak - JKD - Internat. Kolonje letnie.djvu/109

Ta strona została uwierzytelniona.


Toż samo dziecko — dziś nie może się doczekać hasła, by wyskoczyć z łóżka, niezależnie od pogody i temperatury sypialni; po upływie roku staje się nagle ociężałe, z wysiłkiem się podnosi, przeciąga i ociąga, a chłód sali o rozpacz je przyprawia.
Łaknienie dziecka: nie je, nie chce, oddaje, wykręca się, oszukuje by nie jeść. Mija rok: je, pochłania — kradnie bułkę z kredensu.
A potrawy ulubione i nienawistne?
Na pytanie, jakie ma dwa największe zmartwienia, chłopiec odpowiada: jedno, że mi mama umarła, drugie, że muszę jeść grochówkę. A są dzieci, które zjadają po trzy porcje zupy grochowej.
Ale czy można mówić o indywidualnych właściwościach, gdy się nie zna praw ogólnych?
A owo pochyłe trzymanie się dzieci, które się po pewnym czasie znów prostują i znów pochylają? Blade rumienią się i znów bledną. Zrównoważone psychicznie, stają się nagle kapryśne, oporne, niekarne, — by po pewnym czasie znów się zrównoważyć, — „poprawić“.
Ileż arszenikowej rozpusty i ortopedycznego szwindla znikłoby z medycyny, gdybyśmy znali wiosny i jesienie rozwoju dziecka. Gdzież badać je, jeśli nie w internacie? Szpital ma zadanie studjować choroby, brutalne zmiany, jaskrawe objawy, cała jubilerszczyzna hygjeny, mikroobserwacja drgnień — wypracowane być winny w internacie.