Strona:Janusz Korczak - JKD - Internat. Kolonje letnie.djvu/110

Ta strona została uwierzytelniona.


82. Nie znamy dziecka, gorzej: znamy je z przesądów. Aż wstyd, jak na dwa, trzy dzieła, pisane naprawdę przy kołysce, powołują się aż do obrzydzenia wszyscy. Aż wstyd, jak pierwszy lepszy sumienny pracownik staje się autorytetem niemal wszystkich zagadnień. Najdrobniejszy szczegół w medycynie liczy bogatszą literaturę, niż tu całe dziedziny. Lekarz jest tylko honorowym gościem internatu, nie-gospodarzem. Nic dziwnego, że ktoś z przekąsem orzekł, że reforma internatu jest reformą murów, a nie ducha. Nad dzieckiem internatu ciągle jeszcze panuje morał, nie badanie.
Czytając stare prace kliniczne lekarzy, widzimy drobiazgowość studjów, które niekiedy śmiech, zawsze zdumienie budzą: liczono ilość wykwitów na skórze przy wysypkowych chorobach, lekarz dnie i noce nie odstępował chorego. Medycyna ma dziś prawo nieco zaniedbać klinikę, pokładając nowe nadzieje w pracowniach.
A pedagogika, przeskoczywszy klinikę-internat, odrazu chwyciła się prac laboratorjum.
Zaledwie trzy lata spędziłem w internacie, tyle, by się rozejrzeć — i nie dziwię się, że zdobyłem skarby spostrzeżeń, projektów, przypuszczeń; boć w tej złotej krainie nikt nie był jeszcze, nie wiedzą o jej istnieniu.