Strona:Janusz Korczak - JKD - Internat. Kolonje letnie.djvu/20

Ta strona została uwierzytelniona.


A onegdaj przybył nowy wychowaniec. Wyłudziły wszystkie dane mu przez rodzinę cukierki, i piórnik, i obrazki, — zagroziły, że jeśli się poskarży, zbiją go, — a udział w brudnej sprawie brały i te, które uważał za uczciwe.
Zarzuci mu dziecko ręce na szyję i powie „kocham“, — i prosi o nowe ubranie.
Toż samo dziecko; raz rozrzewniony dziwi się, skąd w niem tyle subtelnego taktu i głębokiego odczucia, to znów odtrąca go drapieżna przewrotność.
Raz: chcę, muszę, powinienem; to beznadziejne: czy warto?
Teoretyczne założenia tak się splątały z osobistem codziennem doświadczeniem, że stracił nić, — im dłużej myśli, tem mniej rozumie.

7. Nie rozumie, co dzieje się wokoło.
Stara się ograniczyć nakazy i zakazy do najmniejszej ilości koniecznych. Daje dzieciom swobodę, niezadowolone żądają więcej.
Chce wejrzeć w ich troski. Zbliża się do chłopca, który wbrew zwyczajowi usunął się na stronę, cichy i obojętny. — Co ci jest? Czemu jesteś smutny? — „Nic mi nie jest, wcale nie jestem smutny“ — odpowiada niechętnie. — Chce go pogłaskać po głowie, — chłopiec usuwa się szorstko.
Tam grupa dzieci prowadzi ożywioną rozmowę. — Zbliża się, — milkną. — O czem mówiłyście? — „O niczem“.