Strona:Janusz Korczak - JKD - Internat. Kolonje letnie.djvu/33

Ta strona została uwierzytelniona.


18. O szóstej dzieci wstają. — Masz im powiedzieć tylko: „dzieci, wstańcie“, — nic więcej.
W samej rzeczy, jeśli stu dzieciom powiesz, żeby wstały, ośmdziesiąt dogodnych wstanie, ubiorą się, umyją, gotowe na nowe hasło rannego śniadania. Ale ośmiorgu musisz dwa razy powtórzyć, pięciorgu trzy razy, — by wstały. — Na troje musisz krzyknąć. — Dwoje musisz obudzić. — Jedno głowa boli: chore, a może udaje?
Dziewięćdziesiąt dzieci się ubiera, ale dwojgu musisz dopomódz, bo nie zdążą. — Jednemu zarzuciła się podwiązka, jedno ma odmrożony palec i nie może ubrać się w trzewik. Jednemu zrobił się supeł na sznurowadle. Ktoś komuś przeszkadza przy słaniu łóżka. Ktoś nie chce dać mydła, inny pcha się lub pryska przy myciu, zamienił ręcznik, nalewa na podłogę. Ubrał prawy trzewik na lewą nogę, nie może zapiąć fartucha, bo guzik się urwał; ktoś zabrał bluzkę, przed chwilą była. — Ktoś płacze: to jego miska, on się w niej zawsze myje; ale tamten pierwszy dziś przyszedł.
Ośmdziesiąt dzieci nakarmiłeś pięciu minutami czasu, dziesięcioro połknęło po minucie, a dwojgiem zajęty byłeś prawie pół godziny.
To samo będzie jutro, tylko inne coś zgubi, inne niedomagać będzie, inne źle łóżko pościele.
To samo będzie za miesiąc, za rok, za pięć lat.