Strona:Janusz Korczak - JKD - Internat. Kolonje letnie.djvu/91

Ta strona została uwierzytelniona.


zna właściciela. — Kradnie, gdy jemu skradziono. — Kradnie, bo mu to potrzebne. — Kradnie, bo je namówiono.
Przedmiotem kradzieży może być kamyk, orzech, papierek od karmelka, gwoździk, pudełko od zapałek, ułamek czerwonego szkiełka.
Bywa, że wszystkie dzieci kradną, że istnieje tolerancja dla kradzieży. Te drobne, bezwartościowe przedmioty — stanowią niby osobistą, niby wspólną własność.
— Macie tu szmatki, bawcie się.
A jeśli się pokłócą, co wtedy?
— Przestańcie się kłócić: masz tyle, daj i jemu kilka.
Znalazł złamaną stalkę, — oddaje ci.
— Weź, wyrzuć.
Znalazł podarty obrazek, sznurek, paciorek. — Jeśli wolno wyrzucić, wolno i schować.
I powoli staje się tak, że stalka, igła, kawałek gumy lub ołówek, naparstek, wreszcie każdy leżący na oknie, stole, na podłodze przedmiot jest niby wspólną własnością. — Jeśli w rodzinie wynika z tego powodu setka sporów, to w internacie będą ich codziennie tysiące.
Są dwa sposoby: jeden — niegodziwy — nie pozwolić dzieciom na przechowywanie „rupieci“, drugi — słuszny, że każdy przedmiot ma właściciela, wszystko, co znalezione, winno być zwrócone, bez względu na minimalną, czy żad-