Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/110

Ta strona została uwierzytelniona.


Przez ową pryncypalną ulicę szedł obdarty chłopiec, liczący jakoby lat dziesięć do dwunastu. Powiadam: «jakoby», albowiem pozory często nas mylą. Już nieboszczyk Szczepanowski zauważył, że nigdzie nie spotykał tylu siwych młodzieniaszków i pięćdziesięcioletnich dzieciuchów — co u nas; z drugiej zaś strony — spotkać się dają bardzo młodzi staruszkowie, mało jednakże zasługujący na szacunek, a przy tem nie siwi, jak gołębie, bo nie mają włosów.
Szedł tedy ów chłopiec przez ulicę.
Gdyby tylko szedł, nie byłoby w tem nic dowcipnego; ale on się nagle zachwiał i upadł na bruk, kosztujący magistrat owego miasta po czterdzieści ośm rubli za sążeń kwadratowy.
Upadł i leży. Leży na bruku, wartującym czterdzieści ośm rubli za sążeń kwadratowy — i ani się ruszy. A na domiar nieszczęścia, padając, uderza głową o ścianę domu, na którem samo towarzystwo kredytowe miejskie ma 25000 rubli, a za niem jest jeszcze siedm numerów hypotecznych, z których czwarty i piąty, co prawda fikcyjne. Sklepy zaś w owym domu płacą po dwa i trzy tysiące rocznego czynszu.
Jakkolwiek niema w tem nic dowcipnego, jednakże każdy łacno zrozumie, że ów jedenastoletni rzekomo chłopiec musiał się mocno uderzyć