Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/113

Ta strona została uwierzytelniona.


rejące prawdziwym ogniem serca cechuje właśnie rozwaga w chwilach ogólnego podniecenia — rozwaga i spokój w chwilach stanowczych, gdzie jeden moment nieopatrzności może nas raz na zawsze pozbawić nie tylko zegarka, ale i złotego łańcuszka, nie mówiąc już o kluczyku:
— A może on tylko udaje?
Zapewne! Ileż to razy zimne wyrachowanie wydziera z naszych piersi westchnienie współczucia. Ileż to razy nikczemny podstęp zamraża na wargach naszych ciepłe tchnienie owych szczytnych wyrazów, które wybiegły jasnym promieniem z ust pana, z paczką ciastek na guziku:
— Biedny chłopiec...
Czyż owa ofiara miała stać się łupem przewrotnego chłopca? O siło złego, o błyskawico zepsucia, o trzęsawisko rozkładającej się bagnistej zgnilizny!
Wśród złowrogiej ciszy rozległ się głos:
— Gdzieby tam udawał? Przecież zakrwawiony.
O, dzięki, dzięki ci, żeś wyrwał mnie z zakrętnych przepaści niepewności i zwątpienia.
— Ba, ba — rzekł pan rozważny, trzymając złoty łańcuszek zegarka, i opuścił tłum ze wzgardliwym uśmiechem.