Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/13

Ta strona została uwierzytelniona.


ra, chlipce, płacze coraz głośniej, jęczy, chwieje się, przykuca, usta wykrzywił, mocuje się z bólem, wreszcie wybucha.
Pada na dywan areny, tarza się, wije, skowyczy, powykradał dźwięki bolesne wszystkich zwierząt i króla-człowieka.
I nikt już się teraz w tłumie nie wstydził: ani fabrykanci cygar, ani akcjonarjusze plantacji buraków, ani dziennikarze, ani ajenci policji śledczej, ani bankierzy, ani prokurenci biur komisowych, ani kasjerzy, urzędnicy, nauczyciele, adwokaci, chemicy, ani przedsiębiorcy robót miejskich, ani komornicy, ani cnotliwi, ani nikczemni, ani ich córki, kochanki, żony, teściowe i kuzynki.
Wszyscy płakali głośniej, lub ciszej, lub bardzo głośno, niektóre kobiety z lóż, krzeseł i amfiteatru drżały w spazmach, a nawet mdlały.
Nikt dobrze nie wiedział, dlaczego za ukazaniem się błazna bił mu oklaski, dlaczego mu potem złorzeczył, dlaczego się śmiał do rozpuku, a teraz płacze. Zarówno jak komornik nie wiedział dobrze, czemu jest komornikiem, chemik, czemu jest chemikiem, nicpoń, czemu jest nicponiem.
I po raz pierwszy o pułap cyrku tłukły się łkania.
Aż błazen zamilkł. Łzy otarł. Wstał. Wy-