Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/149

Ta strona została uwierzytelniona.


papieru. Drżącą ręką napisała «psiakrew» — i zemdlała.
Dyrektor obiecał, że ukarze ucznia, ale wydalić go nie chciał.
Ździsia ostatecznie już postanowiono nadal kształcić w domu. Mały płakał. Wówczas dla pocieszenia, wzięto go na operetkę, a potem do restauracji na kolację.
Ździś uczył się w domu, czytał zbrodnie w kurjerze i powiastki dla grzecznych dzieci, deklamował wierszyki podczas imienin i innych uroczystości rodzinnych, pił kakao i chodził z rodzicami do Filharmonji i na operetki do teatru. Pozatem bawił się z dziewczynkami i tylko z jednym dobrze wychowanym chłopczykiem z przeciwka.
Mama nawet perfumowała Ździsia, to jest nie jego, tylko jego aksamitne ubranko z białym kołnierzem. A ciocie całowały Zdzisia w rączki i w buzię i przynosiły mu czekoladki i książeczki z powiastkami dla grzecznych dzieci i kolorowemi obrazkami.
To dziecko otoczone było taką pieczołowitą, kobiecą opieką i miłością.
Kiedy Ździsio skaleczył się w paluszek i zobaczył krew — tak zbladł, że trzeba było wezwać dwóch doktorów — i szczęśliwie go wyleczyli.
Postanowiono, że Ździś będzie dyrektorem al-