Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/168

Ta strona została uwierzytelniona.


Taksator lombardu był stary, siwy, łysy, pomarszczony i zawsze pogodnie uśmiechnięty.
— Mój panie — rzekłem raz, dobrodusznie niby, a w gruncie rzeczy polując nań, jak na bohatera owego nowego arcydzieła, które miało mi dać sławę, dwa pomniki, jedną nieśmiertelność i engagement do trzech, płacących sute honorarja, czasopism.
— Mój panie — rzekłem — zajęcie pańskie jest niezmiernie nużące i jednostajne. Nie masz pan ze swej pracy żadnego moralnego zadowolenia, gdyż lombard należy do najpodlejszych i najbardziej wzgardzonych przedsiębiorstw. Powiedz mi pan łaskawie, czem to się dzieje, iż wyglądasz na człowieka zupełnie zadowolonego z życia, że podrzędną swoją czynność wykonywasz z taką pogodą, zadowoleniem, powiedziałbym nawet, zapałem.
Uśmiechnął się swym poczciwym, pogodnym uśmiechem i rzekł:
— Masz pan słuszność. Jestem taksatorem z powołania, jestem z Bożej łaski taksatorem: zajęcia mego, które nazywasz pan podrzędnem, nie oddałbym za żadne inne, nie zamieniłbym go na tekę ministra. Dziwi to pana — prawda?
W samej rzeczy byłem nad wyraz wszelki ździwiony.