Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/187

Ta strona została uwierzytelniona.


sali, myślałem że wyższa...» Poczekaj tylko: to jeszcze nie koniec.
Rozległy się oklaski. August ze zdumieniem rozgląda się, wzrusza ramionami. Nie rozumie, za co jej biją brawo. Zbliża się do gimnastyczki, patrzy, patrzy, znów spogląda na zebraną publiczność, dotyka kobiety palcem, odsuwa się o kilka kroków. Aż, porwany ogólnym zapałem, zaczyna namiętnie bić brawo, aż mu ręce puchną, aż się chwieje na nogach, aż z sił opada. Wreszcie gimnastyczka znikła za kulisami, a August siada na środku areny, chwilę odpoczywa, wreszcie dumny, napuszony — wychodzi.
Patrzałem naprzemian to na Augusta, to na profesora: połykał oczami najdrobniejszy ruch błazna.
— Widziałeś? To znakomite, nieporównane, to jest ogólno-ludzkie i charakterystyczne dla wszystkich epok — to tłómaczy cały szereg historycznych wypadków, cale okresy dziejowe, to mi daje możność rozwiązania wielu ciemnych, zawiłych zagadek. Ten błazen będzie najgłośniej krzyczał i najszerzej obnosił sławę tego, kogo lub czego nie rozumie: on — on, a nie garstka znawców, przyczyni się do spopularyzowania tego, co mu imponuje, bo tego nie rozumie. I oto zawsze wokoło wielkiej idei grupują się z podziwem